04.

niedziela, 10.stycznia.2010, 14:53
Ledwo usiadła na swoim miejscu, kiedy w całej sali zgasło światło. Usłyszeli huk i zobaczyli snop czerwonych iskier przed sobą. Ktoś krzyknął, dmuchnęło zimne powietrze.
Draco Malfoy jednym ruchem ręki podniósł Alex i popchnął za siebie, a sam wyjął różdżkę z kieszeni spodni. Machnął nią i mruknął zaklęcie, którego nie dosłyszała, ale rozpoznała natychmiast. Zielona stróżka przemknęła koło niej. Zaklęcie było tak potężne, że sama poczuła podmuch wiatru we włosach, a do oczu napłynęły jej łzy. Usłyszeli dźwięk pękającego szkła. Światło ponownie się zapaliło, a Alex dostrzegła jeszcze trzy śmiertelne zaklęcia nieopodal siebie.
Reakcja była natychmiastowa. Niektórzy czarodzieje tuż po otrząśnięciu się z chwilowego szoku, zaczęli uciekać w kierunku drzwi, inni odpowiedzieli na atak, pozostali rzucili się w stronę nieprzytomnego Ministra Magii. Szef pociągnął Alexandrę w stronę drzwi.
-Co robimy?! Co pan robi?!
Spojrzał na nią, kiedy zmierzali do drzwi. Teraz wiedział, że lepiej było nie wplątywać w całe to zamieszanie ledwo poznanej kobiety. Kiedy pierwszy raz ją zobaczył, stwierdził, że jest jedną z tych sekretarek, które przez całe życie nie awansują, a zajmują się robieniem kawy i piłowaniem paznokci.
-Przejmujemy ministerstwo.
W pierwszej chwili pomyślała, że to żart. Mimo panującego wszędzie hałasu, dla Alex te słowa odbiły się echem od ścian. Czuła się tak, jakby serce urosło jej w piersi i zatykało gardło. To była ostatnia rzecz, jaką spodziewała się usłyszeć tego wieczoru. Ale, gdy sięgnąć myślami parę minut w tył, wszystko nabierało sensu.
Dlaczego została w to wszystko wplątana?
-Czy on nie żyje? - zapytała z lękiem.
-Nie, został oszołomiony. Ci idioci nie potrafią dobrze wymierzyć zaklęcia z odległości pięciu stóp. Musimy uciekać. Ten Potter - zabrzmiało to co najmniej jak przekleństwo - na pewno zaraz pewnie tu będzie.
Wypadli na zewnątrz. Na schodach Alex zatrzymała się. Powoli zaczęło dochodzić do niej to, co się stało i to dokąd zmierza.
-Nigdzie z tobą nie idę, nie pamiętam, żebym godziła się na spisek. Nie chcę brać w tym udziału.
Spojrzał się na nią.
-Już bierzesz, przykro mi. - powiedział to takim tonem, jakby w ogóle nie czuł skruchy. Przyspieszył. Alex musiała biec, żeby za nim nadążyć. Obleciał ją strach. Trzeba było zostać we Francji, tam nie dzieją się takie rzeczy, pomyślała.
W takich momentach jej mózg zaczynał szybciej pracować, nie mogła dogonić człowieka, który biegł przed nią.
-Attends! - krzyknęła wściekła. Zatrzymał się.
-Kobieto, nie wpadaj w histerię. Nie uczyli mnie nigdy francuskiego!
Był zły, nie wiedziała, czy na nią, czy na to, że nie wszystko układało się po jego myśli.
-Zdejmij buty. - powiedział
-Słucham?
-Buty, nie da się w nich biec. Musimy dostać się do najbliższej stacji metra, potem do mojego domu. W niedzielę Fiu patroluje tylko wybrane kominki. - Poinformował ją.
Alex zrozumiała, że nie wróci do siebie na noc.
Wyszli na zatłoczoną uliczkę i zaczęli przeciskać się przez tłum. Doszli do małego placu wyłożonego kostką. W miejscu gdzie tłum był największy stała tablica z napisem Underground, Camden Town. Doszli do niej i zeszli po schodach. Mimo, że było już późno ludzie pojawiali się z nikąd.
Nagle Alex zorientowała się, że biegną w ich stronę dwaj mężczyźni. Jeden wysoki, drugi niski.
-Na brodę Merlina, czemu tak długo?! - krzyknął do nich Malfoy.
-Pojawiły się komplikacje.
-O czym ty mówisz?
Zawahał się, po czym powiedział:
-Był przeciek.
Wargi Malfoya wygięły się w grymasie. Tak. Tego można się było spodziewać. Przeoczył dziurę w planie, a to wszystko dlatego, że pozwolił decydować o wszystkim Zabiniemu.

-Znasz się na tym? - zwrócił się do niej i podał jej mapę mugolskiego metra.
-Mogę się najpierw dowiedzieć jaki jest plan? Co zamierzasz dalej zrobić? Rozumiem, że wasza akcja nie wypaliła, ale mi nic do tego.
Stanęli przy automacie z biletami. Malfoy (Alex nie zauważyła jak szybko przestała zwracać się do niego per pan) oparł się jedną ręką o ścianę, drugą odgarnął mokre od potu włosy, opadające mu na czoło. Widać, że był zdenerwowany, bo po chwili zaczął chodzić w tę i z powrotem, mrucząc coś pod nosem. Przystanął i spojrzał na nią, ale nic nie powiedział. Alex starała się odczytać mapę metra i znaleźć miejsce, w którym się akurat znajdują.
-Dokąd mamy dotrzeć? - Powiedziała to takim tonem jakby codziennie podróżowała właśnie w ten sposób, a odnalezienie drogi dokądkolwiek nie sprawiało jej najmniejszego problemu.
-Westminster.
-Ale tu jest napisane, że linia… Piccadilly nie działa w niedziele. Będziemy musieli jechać okrężną drogą. A niby takie świetne jest to wasze metro - prychnęła.
Malfoy, który właśnie skończył kupować bilety (żeby zbluzgać maszynę, użył słów, których Alex nigdy przedtem nie znała), wyrwał jej mapkę z ręki i schował do kieszeni.


Wsiedli do zatłoczonego i dusznego metra, które co chwile zatrzymywało się w tunelu. Malfoy pochylał się nad nią, patrząc gdzieś ponad jej ramieniem, a kiedy nagle się wyprostował i spojrzał gdzieś w tłum uderzył głową o sufit. Właśnie zatrzymywali się na jakiejś stacji, a Alex zaczęła liczyć ile przystanków zostało do końca, gdy on obrócił się w jej stronę i powiedział, że muszą wysiąść.
-Ale zostało jeszcze co najmniej pięć stacji - oznajmiła.
-Widzisz tego faceta przy drzwiach pomiędzy przedziałami? Wysłali go po mnie, a teraz i po ciebie. Musimy wiać.
Alex przez chwilę gapiła się na niego, a później postanowiwszy powstrzymać się od komentarza wymamrotała:
-Dobra.
Wypadli na stację i szybkim krokiem ruszyli w stronę napisu „wyjście”. Kiedy minęli bramki i znaleźli się na świeżym powietrzu, Malfoy pociągnął ją w jakąś uliczkę. Rozglądnął się dookoła i powiedział:
-Złap mnie za rękę - Alex uczyniła to od razu. Była zbyt wycieńczoną tą gonitwą i zbyt sfrustrowana, by się sprzeciwiać. Poczuła szarpnięcie, więc wzmocniła uścisk. Przez te kilka sekund podróży doszło do niej, że przecież David nic nie wie o jej wyprawie. Postanowiła, że jak tylko dotrą na miejsce, deportuje się w okolice swojego domu w Beckenham.
Uderzyli stopami o twardą ziemię. Z ulgą stwierdziła, że może z powrotem zdjąć swoje niewygodne buty i iść na boso. Ruszyli przed siebie. Było już ciemno, więc Alex miała problemy z rozpoznaniem okolicy w jakiej się znajdują.
-To Coulsdon and purey. Nie mogłem nas zabrać do mojego domu, tam od razu by nas znaleźli.
Wyszli zza rogu na jakąś szerszą ulicę.
-Co masz zamiar teraz zrobić? Ukraść kolejny samochód jakiemuś biednemu mugolowi? Na dworcu spać nie będę.
-Nie, mam zamiar przenocować cię w starym domu mojego ojca, rozpieszczona dziewucho - powiedział za złością. - Nikt nie chciał go kupić, myślą, że straszą w nim duchy, więc stoi opuszczony.



Potrzebuję betyyyyyyyyyyy, przypominam o księdze i życzę wszystkim i sobie weny twórczej.
Coquin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

03.

piątek, 13.listopada.2009, 16:50
Kiedy zobaczyła Malfoy’a na rogu Strauden Road, naszły ją wyrzuty sumienia. Miał na sobie prostą szatę w dobrym guście. Cały ubrany na czarno, wydawał się być jeszcze bledszy, niż był w rzeczywistości. Alex przez chwilę wahała się, czy nie wrócić do domu pod pretekstem choroby. Nie miała jednak wyjścia, bo kiedy cofnęła się za wielki kubeł na śmieci, on obejrzał się przez ramię. Kucnęła i udała, że wiąże buty, co musiało wyglądać bardzo dziwnie, skoro założyła szpilki. Najwidoczniej Malfoy nie należał do najbystrzejszych, bo nic nie zauważył. Szybko wstała i poprawiła włosy.
-Ładnie wyglądasz – powiedział.
Wyglądała zwyczajnie. Wprawdzie nie tego się spodziewał, ale nie miał też na co narzekać.
Alex nie podziękowała, tylko uśmiechnęła się nerwowo. Zdziwiło ją też to nagłe przejście na „ty”. We Francji pewnie upłynęło by dużo czasu, zanim zaczęliby mówić sobie po imieniu. Od razu nasunęły jej się wątpliwości: czy ona też ma się do niego zwracać per Draco? To brzmi śmiesznie, ale przecież tak ma na imię.
Poprowadził ją wzdłuż ulicy, aż do Beaulieu Avenue i skręciwszy w lewo, Malfoy podszedł do czarnego, błyszczącego, sportowego auta, zaparkowanego byle jak na chodniku. Alex zastanawiała się, co taki wóz robił w tak obskurnym miejscu. Szef wyciągnął różdżkę z kieszeni spodni i stuknął nią o drzwi samochodu mrucząc coś pod nosem. Chwycił za klamkę od strony pasażera, ale nie ustąpiły. Kopnął w przednią oponę.
-Co za cholerstwo.
Gestem zaprosił ją do środka i zatrzasnął drzwi, a sam usiadł po jej drugiej stronie.
Środek różnił się bardzo tym, czym pojazd reprezentował się na zewnątrz. Czarna, skórzana nie zniszczona tapicerka idealnie komponowała się z kierownicą, jednak wysiedziane fotele i zacieki na przedniej szybie sprawiały, że nie mogła na to patrzeć.
-Zwinąłem go jakiemuś kretynowi dzisiaj rano. Miałem mało czasu i zdążyłem zaczarować go tylko na zewnątrz. – wyjaśnił.
Posłał Alex czarujące spojrzenie. Chyba wołałaby iść piechotą, niż siedzieć tutaj.
-Nie wiem, jak to działa, ale najwyraźniej mugole używają tego do słuchania swojej muzyki.
Alex wzięła radio do ręki. Było na nim mnóstwo guziczków i przycisków na pierwszy rzut oka wyglądających tak samo.
-Mój dziadek bił* le moldu, jak wy mówicie mugolem.
Włożyła radio na swoje miejsce i przez chwilę z głośników dało się słyszeć muzykę.
Samochód nagle zaczął wydawać z siebie dziwne odgłosy. Okazało się, że powodem nie było usiłowanie włączenia silnika, a radio. Co chwilę wypluwało z siebie iskry, aż w końcu wybuchło, brudząc przy tym jego nową szatę wyjściową.
-Chłoczyść – powiedziała Alex. – Za dużo magii.
Reszta jazdy przebiegła podobnie. Jej szef był beznadziejnym kierowcą. Nie miała pojęcia, dlaczego jadą samochodem; pewnie szybciej byłoby starym i zatłoczonym metrem.
Po piętnastominutowej jeździe zatrzymali się gdzieś w pobliżu dzielnicy Camden. Alex wysiadła, nie czekając na otworzenie jej drzwi.
Stanęła przed ogromnym, opuszczonym blokowiskiem. Dookoła nie było ani jednego drzewa, a niebo było widoczne, tylko gdy się spojrzało bezpośrednio w górę. W oczy rzucał się tylko jeden budynek. W odróżnieniu od pozostałych wyglądał porządnie, a Alex była pewna, że jest chroniony jakiś potężnym zaklęciem.
-Lepiej się pośpieszmy – powiedział Malfoy i oboje przyśpieszyli kroku.


*Takie błędy są oczywiście zamierzone.

Szedł przed nią w dosyć sporym odstępie. Alex starała się dotrzymać mu kroku, co nie było łatwe, bo założyła za ciasne buty na nienaturalnie wysokim obcasie. Byli już spóźnieni, a Pan Malfoy tak zły, że z różdżki, którą trzymał w ręce, tryskały czerwone iskry.
Przeszli najpierw przez podjazd, później wspięli się po schodach i stanęli przed dużymi, dębowymi drzwiami.
Zastukał parę razy różdżką i powiedział coś tak szybko, że Alexandra nie zrozumiała ani słowa. Mimo, że mieszkała w Anglii już od jakiegoś czasu, nie mogła przyzwyczaić się do ich akcentu, a sama zmienić swojego. Często miała przez to problemy z komunikowaniem się. Kiedy dwa lata temu, zaraz po ukończeniu szkoły (a tam, w Beauxbatons ostatnie egzaminy zaliczało się w wieku co najmniej osiemnastu lat) Alex wraz z rodzicami przeprowadziła się na obrzeża Londynu. Musiała zostawić wszystko, nawet siostrę. Nie wykazywała typowego dla jej kraju szowinizmu, (co byłoby całkiem zrozumiałe, gdyż Francuzi i Anglicy walczyli ze sobą od setek lat), jednak w tutejszej kulturze denerwowało ją prawie wszystko. Od przerwy na lunch do podziału godzin na przed południem i po.
Kiedy przeszli przez próg nie widzieli i nie słyszeli nic. Dopiero kiedy zatrzasnęły się za nimi drzwi zostali oślepieni przez blask bijący z tysięcy pochodni unoszących się w powietrzu ponad ich głowami. Stali w wąskim lecz długim holu. Sprawiał wrażenie, że nigdy się nie skończy.
Po prawej stronie znajdowały się drzwi opatrzone tabliczką z dużym napisem: NAJLEPSZA OCHRONA DLA TWOJEJ MIOTŁY PRZEZ CAŁĄ DOBĘ a pod spodem mniejszym: wpłatę proszę uiszczać w recepcji kwotą odliczoną.
Przeszli obok toalety z drzwiami bez klamki i zostawili w swoje płaszcze w holu.


Sala była kameralna. U sufitu zawieszono złoty żyrandol przyozdobiony tysiącami maleńkich świeczek, oświetlających wszystko dookoła. Czarna jak heban podłoga, białe obrusy, czerwone ściany i wysokie okna, za którymi panował półmrok, doskonale ze sobą współgrały.
Alex ze zdziwieniem poczuła, że szef łapie ją pod ramię w tym samym momencie, gdy podszedł do nich kelner z tacą i szampanem.
-Dbam o reputację – usłyszała szept Pana Malfoy’a tuż przy swoim uchu i postanowiła nie protestować.
Zajęli najbliższe wolne miejsca przy stole. Rozglądnęła się po sali. Obecnych było dużo osób, wielu z nich Alex widziała po raz pierwszy w życiu. Byli czarodzieje w różnym wieku, niscy i wysocy, ciemnowłosi i jasnowłosi, wszyscy w szatach wyjściowych. Nie minęło pięć minut kiedy zaczęli schodzić się inni czarodzieje i czarownice. Dobrze, że nie przyszlismy ostatni, pomyślała Alex. Nienawidziła się spóźniać, weszło jej to w krew, bo jedną z niewielu rzeczywiście przestrzeganych zasad w Beauxbatons była punktualność.
Zaraz potem, niedaleko nich podniosła się pomarszczona, choć nie tak stara czarownica. Uderzyła kilka razy łyżeczką w kieliszek i odchrząknęła:
-Dziękuję. Gościmy dzisiaj pana ministra – tu urwała na moment i spojrzała w lewo na siwego czarodzieja, który kiwnął z aprobatą głową – z okazji rocznicy jego urzędowania.
Mówczyni pierwsza zaczęła klaskać, a w jej ślad poszli wszyscy pozostali goście.
Mimo, że Alex widziała Ebenezera Cone’a po raz pierwszy, to przez tydzień swojej pracy w ministerstwie zdążyła się nasłuchać o jego miłosnych wybrykach i rzekomej depresji w którą popadł po śmierci trzeciej żony. Chodziły plotki, że nigdy nie całował drugi raz tej samej kobiety, a swoje stanowisko utrzymywał tak długo tylko dzięki fortunie pozostawionej mu w spadku po pierwszej małżonce.
Alexandra odwróciła wzrok od kobiety, która w tym momencie żywo coś tłumaczyła i spojrzała na znajomą osobę siedzącą dwa krzesła od prawej strony. Karen Burgess. Prędko cofnęła głowę. Umyślnie wrzuciła łyżeczkę pod stół i szybko schyliła się, udając, że jej szuka.
Zrezygnowała z tego pomysłu, gdy poczuła, że ktoś ciągnie ją za rękaw.
-Przepraszam na chwilę – powiedziała do szefa i wstała od stołu, starając się ze wszystkich sił pozostać niezauważoną.
Poszła w stronę toalet.

Przypominam o wpisywaniu się do księgi ;)
Coquin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

02.

niedziela, 18.października.2009, 20:55
Następnego ranka Alex obudziła się tak gwałtownie, jakby ktoś krzyknął jej do ucha. Było wpół do siódmej, a ona zaczynała nową pracę już dzisiaj. Co będzie robiła? Zapewne będzie układać jakieś dokumenty dla ministerstwa. Nie da się nazwać tego wymarzoną robotą, chociaż lepsze to niż nic. Poza tym nikt nie będzie mógł powiedzieć, że się obija.
Tego dnia słońce świeciło bardzo mocno, jednak wiejący bez przerwy wiatr nie dawał o sobie zapomnieć. Kobieta ściskała kurczowo teczkę jedną ręką, a drugą osłaniała oczy przed światłem.
Niestety kiedy się mieszka w centrum miasta, nie można się deportować od tak. Wiele miejsc publicznych było tak chronionych, aby żaden mugol nie natknął się na pojawiającego znikąd czarodzieja. Na miotłę nigdy by nie wsiadła. Ta możliwość od razu odpadała.
W wielu miejscach nie było kominków, przez feralny pożar w 1666 roku, kiedy spłonął drewniany Londyn. Nie trzeba ogromnej wiedzy z historii magii, by wiedzieć, że ogień nie był wzniecony przypadkowo. Słynne Goblińskie Powstania wywołały te zamieszki.
Świstoklik, którym była czerwona teczka, odlatywał za minutę. Alexandra stanęła w cieniu wysokiego budynku z czerwonej cegły i zaczęła nerwowo stukać obcasem.
Sekundy wlokły się niemiłosiernie, gdy co chwila spoglądała na zegarek. Już była spóźniona i nie wiedziała, co powie na to jej nowy szef. Raz… dwa… trzy!
Poczuła jak zalewa ją fala zimnego powietrza, przez które nie mogła otworzyć powiek. Wiatr szumiał jej w uszach, a do oczu napływały łzy. Wiedziała, że pół godziny spędzone przed lustrem poszło na marne. O makijażu nie chciała myśleć.
Wreszcie poczuła grunt pod stopami. Stała w gmachu Ministerstwa Magii. Dotknęła ręką włosów. Cała fryzura pozostała nietknięta, a makijaż nadal był perfekcyjny.
Ruszyła przed siebie, potykając się o własne nogi.


-Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z Międzynarodową Komisją Handlu Magicznego, Międzynarodowym Urzędem Prawa Czarodziejów i Biurem Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów - usłyszała głos, który przyprawiał ją o dreszcze. Będę musiała się do tego przyzwyczaić, pomyślała.
Wbiegła do pokoju i złapała w locie klucze od jej nowego gabinetu. Elizabeth Pratchet, dziś ubrana w skąpą, czarną sukienkę, krzyknęła za nią:
-My tu nie tolerujemy spóźnień!
Alex zatrzasnęła za sobą drzwi, pragnąc pozostać niezauważona. Odetchnęła z ulgą i obróciła się.
Miejsce, w którym miała pracować, było małe, choć wystarczające aby zmieścić biurko i niewielkich rozmiarów komodę. Podłoga, w przeciwieństwie do granitowych płytek w gabinecie Pana Malfoy’a, była drewniana i przetarta w wielu miejscach. Ściany pomalowane na okropny brzoskwiniowy kolor przywodziły na myśl toaletę ciotki Emmy, którą to ciotkę Alex musiała odwiedzać razem z siostrą w każde święta.
Podniosła przewrócony kosz na śmieci i postawiła go w kącie; zresztą jedynym wolnym miejscu w tym pokoju. Na biurku znalazła niebieską karteczkę samoprzylepną, na niej numer 209 i koślawy podpis „Draco Malfoy".
Parsknęła śmiechem na widok imienia swojego szefa. Po chwili wyszła na korytarz i podeszła do drzwi z numerem 209.

-Tak ci powiedziała? - wysoki, czarnoskóry mężczyzna z wystającymi kośćmi policzkowymi i podłużnymi skośnymi oczami uniósł brwi i krzywo spojrzał na przyjaciela.
-Tak, ignorancie.
Malfoy posłał mu złowieszcze spojrzenie i okręcił się w swoim czarny, skórzanym fotelu.
-Lepiej zorganizuj sobie jakąś pannę. Raczej nie wypada ci przyjść samemu.
Dobrze o tym wiedział i bez głupiego przypominania mu o tym. Trudno. W ostateczności w ogóle się nie zjawi. Do wieczora zdąży jeszcze wymyślić jakąś wymówkę. A poza tym nie będzie musiał zawracać sobie głowy kupnem nowej szaty wyjściowej.
Nie. To stanowczo nie jest dobry pomysł. Bankiety organizowane przez samo Ministerstwo Magii nie były rzeczą, którą można po prostu zignorować. Zwłaszcza on, szef Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów powinien się tam zjawić.
Z letargu wyrwały go słowa i zaraz po tym pukanie do drzwi.
-Wychodzę.
Zabini Blaise ruszył w stronę drzwi i pociągnął je.
-Proszę - rzucił, ustępując miejsca młodej kobiecie. Sam wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
Alexandra weszła do środka w ręku trzymając niebieską karteczkę. Wtedy młodemu Malfoyowi wpadł do głowy świetny pomysł.



Po raz czwarty w ciągu zaledwie dziesięciu minut Alex weszła do swojego domu. Kiedy otwierała furtkę albo nawet była już za nią, przypominało jej się, że co prawda to, po co się wróciła, miała ze sobą, ale to, co wcześniej miała ze sobą, zostawiła tam gdzie się wróciła.
-Gdzie idziesz?
David stał na schodach.
-Do… pracy. Myślałam, że śpisz - powiedziała gardłowym głosem.
-Spałem, ale obudziły mnie trzaski.
-Przepraszam.
Już myślała, że się go pozbyła, bo obrócił się do niej plecami. Chwyciła nawet za klamkę i wysiliła mózg, żeby przypomnieć sobie czego jeszcze nie wzięła.
-Alex? - Spojrzała na niego. – Gdzie naprawdę idziesz?
Nie chciała, żeby pomyślał, że się na nim mści. Bała się jednak, że jeśli dowie się prawdy stwierdzi, że jest wobec niego nieszczera.
-Do pracy – powiedziała niepewnym tonem, a po chwili dodała – naprawdę.
-W takim stroju, do pracy? Nie nadążam za tobą - mruknął i przeciągnął się ospale. Obrócił się na pięcie i wszedł po obitych dywanem schodach.
-Voila, tu sais tout *- z sarkazmem powiedziała do siebie Alex i szybko wyszła z domu.


♣♣♣


*A więc wiesz już wszystko.
Przypominam o wpisywaniu się do księgi


Coquin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

01.

wtorek, 6.października.2009, 14:01
Witam! Powracam na innym blogu, z innym pomysłem, lecz tym samym początkiem opowiadania. Możliwe, że zetknęliście się z Alex na delacroix.mylog.pl. Po roku dodaję je od nowa, w ulepszonej wersji. Mam nadzieję, że dożyję końca, o ile nie zajadą mnie w szkole (chciałabym coś w końcu doprowadzić do końca).



Ministerstwo Magii mieściło się w centrum Londynu, a śpieszący wszędzie mugole kompletnie nie zdawali sobie sprawy z tego, że znajdują się nad największą korporacją czarodziejów w Wielkiej Brytanii.
Młoda, na oko dwudziestoparoletnia kobieta przedzierała się przez tłum ludzi, chcąc jak najszybciej dostać się do budki telefonicznej, stojącej parę ulic dalej. Była wysoka i raczej szczupła. Miała ciemnobrązowe włosy, które sięgały jej ramion, bladą cerę, różowe policzki i długi nos. Co chwilę spoglądała na zegarek. Było za pięć dziewiąta. Niewiarygodne, jak wolne potrafią być mugolskie środki transportu, pomyślała.
Skręciła w boczną uliczkę, różniącą się od poprzedniej tylko tym, że domy na niej były albo strasznie obskurne, albo opuszczone. Jakieś dziesięć stóp dalej przy ścianie, na której widoczne były ślady starej farby graffiti, stała zniszczona, czerwona budka telefoniczna. Kobieta obejrzała się za siebie, żeby sprawdzić, czy nikt jej nie widzi. Po chwili ostrożnie otworzyła drzwi i weszła do środka, uważając, aby nie pobrudzić sobie płaszcza. Chcąc mieć to jak najszybciej za sobą, sięgnęła po bezwładnie wiszącą słuchawkę i zaczęła przyciskać guziki.
-Six… deux… quatre, quatre… deux
W odpowiedzi odezwał się wysoki, żeński głos:
-Witamy w Ministerstwie Magii. Proszę podać imię, nazwisko, oraz cel podróży.
Była dobrze przygotowana na to, co ma odpowiedzieć, mimo tego, że nigdy wcześniej nie była w samym ministerstwie.
-Alexandra Delacroix. Rozmowa o pracę.
Wstrzymała oddech i wbiła wzrok w otwór, do którego zwykle wrzuca się żetony. Po chwili wysunęła się z niej srebrna etykieta z wygrawerowanym napisem: ALEXANDRA DELACROIX, ROZMOWA O PRACĘ.
-Szanowny interesancie, przypominamy o konieczności poddania się kontroli osobistej i okazania różdżki do rejestracji.
Pośpiesznie przypięła identyfikator. W tej samej chwili budka zaczęła zjeżdżać z ogromną prędkością w dół. Alexandra zamknęła oczy. Czuła, jak robi jej się słabo. Zimne powietrze wiejące od spodu mierzwiło jej włosy, przez co była jeszcze bardziej podenerwowana. Kiedy budka telefoniczna zatrzymała się, panna Delacroix odetchnęła z ulgą.
– Ministerstwo Magii życzy pani miłego dnia – oznajmił kobiecy głos.
Przeczesała ręką włosy i otworzywszy przeraźliwie skrzypiące drzwiczki, ruszyła przed siebie. Jej wzrok natrafił na biurko z tabliczką: OCHRONA. Idąc w tamtą stronę dostrzegła fontannę i złote posągi pośrodku. Z czubka tiary czarodzieja i końca różdżki czarownicy wydobywały się strużki wody.
Dotarłszy do znudzonej dziewczyny przeglądającej jakieś pismo, odniosła wrażenie, że ta nie raczy się nawet odezwać. Alexandra przystawiła jej swoją różdżkę pod nos. Czarownica wzięła ją i powoli umieściła na mosiężnej wadze. Dziwny przyrząd zaczął się niebezpiecznie trząść, a po chwili z niebieskiego otworu wysunął się pergamin, przypominający trochę mugolski paragon.
-Trzynaście i pół cala, drewno brzozowe i włos z ogona jednorożca. Dziękuję.
I oddała różdżkę, nie zaszczycając jej nawet spojrzeniem. Panna Delacroix wzruszyła ramionami.

-Departament Międzynarodowej Współpracy Czarodziejów z Międzynarodową Komisją Handlu Magicznego, Międzynarodowym Urzędem Prawa Czarodziejów i Biurem Brytyjskiego Przedstawicielstwa Międzynarodowej Konfederacji Czarodziejów. – Usłyszała wychodząc na piątym piętrze z windy.
Spojrzała w prawo i w lewo, po czym podeszła do drzwi, które znajdowały się pomiędzy dwiema srebrnymi zbrojami. Zobaczyła numer czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć. Jedna dziewiątka była oderwana, lecz pozostał po niej ślad. Zapukała. Usłyszała coraz donośniejsze stukanie obcasów, a po chwili jej oczom ukazała się przeraźliwie chuda kobieta, o rudych włosach i ustach pomalowanych czerwoną szminką. Alex wyprostowała się i zrobiła wyczekującą minę.
- Bonjour. Ja do pana…
-Malfoya – weszła jej w słowo i obdarzyła sztucznym uśmiechem. – Proszę za mną.
Przepuściła ją i obie ruszyły szerokim ciemnym korytarzem. Zachowywała się, jakby codziennie gościła tu tłumy stażystek i jakby prowadzenie kogoś po korytarzu było szalenie męczące.
Po obu stronach wisiały portrety, na których postacie ciągle się poruszały. Alexandra rozpoznała Rufusa Scirmeguora, śpiącego w swoim fotelu na obrazie po lewej stronie.
-Zapomniałabym – powiedziała ruda sekretarka, kładąc dłoń na stalowej klamce drzwi znajdujących się na końcu korytarza – mam na imię Elizabeth Pratchet. Jestem młodszym podsekretarzem pana Malfoy’a.
Ostatnie zdanie brzmiało, aż za słodko, choć nie dało się w nim dosłyszeć cienia entuzjazmu. Oczywiste było, że albo taka jej natura, albo czuje wielki respekt do swojego szefa. Elizabeth Pratchet nerwowo poprawiła spódnicę sięgającą jej do kolan. Nabrała powietrza przez nos i wypuściła je ustami. Czemu tak bardzo się denerwowała? Bezpośrednie spotkanie z człowiekiem, którego widzi się prawie codziennie, raczej nie powinno przyprawiać o bóle brzucha. Alexandra sama zaczęła obawiać się osoby znajdującej się za drzwiami. W tym momencie nie miała pojęcia, kogo się spodziewać.
Uchyliła drzwi i wsadziła głowę do środka. Sekretarka popchnęła ją tak, że znalazła się pośrodku dużego gabinetu z oknem, za którym padał śnieg. Zdziwiła się, bo w końcu był dopiero wrzesień, na dodatek kiedy wchodziła do ministerstwa, świeciło słońce. Podłoga w pokoju wyłożona była granitem, tak błyszczącym, że można się było w niej przejrzeć. Ściany zdobiło mnóstwo obrazów i malowideł, a posągi sprawiały wrażenie upchniętych. Na biurku przy ścianie oprócz piętrzącego się stosu dokumentów stały takie przyrządy, jak fałszoskop, luneta i trójkątny zegar z trzema tarczami wewnątrz. Niektóre z nich co chwila podskakiwały wydając przy tym różne, nieraz dzikie dźwięki.
Czarny fotel przy biurku obrócił się, ukazując bladego mężczyznę, z trochę zbyt pewnym siebie wyrazem twarzy. Zmrużył oczy.
-Nazywam się Alexandra Delacroix, przyszłam w sprawie pracy. – odezwała się gardłowym głosem, stwierdzając, że dzisiaj to ona musi rozpoczynać wszelkie rozmowy - Pan Malfoy?
W miarę upływu czasu coraz bardziej się denerwowała. Ścisnęła czerwoną teczkę tak mocno, że aż pobielały jej palce. Mężczyzna patrzył na nią przez chwilę.
- Bonjour. - Oczy mu błyszczały. – Ma pani dokumenty?
Przytaknęła i położyła je na stole. On wstał, obszedł biurko dookoła i podał jej rękę. Był wysoki i bardzo chudy. Miał smukłe i kościste dłonie, twarz podłużną, a głęboko osadzone szare oczy przyciągające wzrok. Wskazał ręką wolne krzesło naprzeciwko siebie, otworzył daną mu wcześniej teczkę i wyjął pergamin. Zaczął czytać. Jego oczy, teraz zasłonięte blond włosami, poruszały się w tę i z powrotem wraz ze zmianą linijki. Serce zabiło jej szybciej, kiedy oderwał wzrok od pergaminu, odrzucił włosy do tyłu i zmierzył gościa uważnym spojrzeniem. Z jego twarzy nie można było wyczytać, o czym właśnie myśli. Po chwili milczenia uśmiechnął się zalotnie i powiedział:
-A więc skończyła pani Beauxbatons?

***




Włożyła rękę do dużej, skórzanej torby i wyjęła z niej klucz, po czym wsadziła go do skrzynki na listy. Coś szczęknęło, zachrobotało, a drzwi natychmiast ustąpiły. Stała przed małym i typowo brytyjskim domem z dużym oknem wychodzącym na wschód i ciemnozieloną trawą ogrodzoną drewnianym płotem. Budynek mieścił się w londyńskiej dzielnicy Beckenham w miejscu gdzie główna ulica Stanhope Grove krzyżowała się z Ronald Close. Po raz pierwszy od kilku dni na twarzy Francuzki zagościł uśmiech. Nie, żeby nie była szczęśliwa. Czuła jednak, że w tym momencie jest zadowolona dzięki czemuś, na co sobie w pełni zasłużyła.
Pchnęła frontowe drzwi. Stała w progu małego holu. Zdjęła pantofle i równo ustawiła je na półce. Jej uwagę przykuły czerwone szpilki stojące obok trampek należących do niejakiego Davida Brindle’a. Cały dobry nastrój gdzieś wyparował, ustępując miejsca złości. To nie były jej buty.
Alexandra nie rozebrała się do końca i weszła niepewnym krokiem do przedpokoju. Po drodze wyrzuciła pudełko po Fasolkach wszystkich smaków Bertiego Botta do pojemnika przeznaczonego na papier. Wbrew pozorom jej pedanteria służyła światu, bo jak sama twierdziła, niektóre mugolskie środki bywają niezawodne. Z salonu - o ile tak można nazwać pokój z dwiema kanapami i regałem na książki - dobiegały śmiechy.
Nie dała za wygraną. Weszła do pokoju, zastając swojego chłopaka pogrążonego w rozmowie z blondwłosą kobietą.
-Karen! Miło widzieć cię po raz kolejny! - Powiedziała Alexandra, nie zdając sobie sprawy, jak głośno to robi.
Karen Burgess była kościstą kobietą i choć miała dopiero dwadzieścia pięć lat, sprawiała wrażenie zmęczonej życiem. Nachylała się nad swoim byłym facetem, przez co jej biust, i tak przerażająco wielki, zdawał się być jeszcze większy. Tak… lubiła sprawiać pozory. Nie miała przyjaciół, męża ani dzieci. Swoich znajomych, zdaniem Alex, dzieliła na tych, z którymi już była i tych, z którymi dopiero będzie. David należał do tych pierwszych. Jeszcze kiedyś podziękuje Alex za to, że wyrwała go z jej szponów.
-Omawiamy najnowszy artykuł - odezwał się brunet, widząc, że obydwie kobiety zabijają się wzrokiem. Uśmiechnął się przepraszająco. Stwierdził jednak, że to go w żaden sposób nie usprawiedliwia, więc dodał - Zrobię herbatę.
Wstał i wyszedł z pokoju, chcąc uniknąć wiszącego w powietrzu konfliktu.
-A więc… Nad czym pracujecie? - Odezwała się panna Delacroix.
David od dwóch lat pisał dla Proroka Codziennego. Alexandra dowiedziała się niedawno, że tę pracę załatwiła mu jego była dziewczyna.
-Nic poważnego. Jakiś idiota wysyła mugolom łajnobomby. Jednemu eksplodowała skrzynka na listy i trzeba było zmodyfikować mu pamięć. Ta sprawa narobiła niemało szumu, podobno złapali już faceta, który jest za to wszystko odpowiedzialny.
Pokiwała głową. Fascynujące.
Miała powyżej uszu nieproszonych gości, a na pewno nie była zadowolona z niespodziewanej wizyty tej czarownicy. Alexandra nie lubiła być bezpośrednia. Wiedziała, że wyróżniała się pośród londyńczyków choćby tym, że oni wszyscy byli albo tak grubi, że nie mogli się ruszyć, albo tak chudzi, że nie mogli chodzić. Jednak patrząc z boku na Karen, Alex czuła się jak niedokończone dzieło.
David wszedł do pokoju z wyciągniętą przed siebie różdżką, a za nim wleciały trzy kubki, które ustawiły się na drewnianym stole.
-Eee… To nie było konieczne - stwierdziła kobieta - Karen właśnie wychodziła.
Spojrzała na nią wyczekującym wzrokiem. Zmrużyła oczy.
Karen chwyciła czerwoną jak jej buty torebkę i założyła ją na ramię.
-Do zobaczenia w pracy. - Posłała uśmiech Davidowi, kładąc rękę na jego ramieniu i patrząc mu głęboko w oczy.
Weszła do przedpokoju, usłyszeli stukot jej czerwonych szpilek i trzask frontowych drzwi, a następnie ciche „pyk”. I już jej nie było.
-Chłoczyść. - Alexandra wręczyła pusty kubek po herbacie Davidowi, sama wzięła pełny. Wyszła z pokoju, co miało jeszcze bardziej utwierdzić go w przekonaniu, że Alex nie chce Karen w swoim domu.


PS Proszę o wpisywanie się do księgi gości, wtedy powiadomię ;)
Coquin
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:



Księga
O mnie
Ukochaj


Linki


Archiwa

2009
październik (2)
listopad (1)

2010
styczeń (1)



MusicPlaylist
MySpace Music Playlist at MixPod.com



Szablon
Szablon wykonała Assonnata, zdjęcie od Priscili. Najlepiej przeglądać w Mozilli 1280x1024. Chcesz podobny? Zamów na Stylowych szablonach.